Starorzecza
Oprawa: Twarda z obwolutą
Format: 15.0x22.0cm
Stron: 606
ISBN: 978-83-244-0127-7
Cena detaliczna: 49.00 zł
Porywająco napisany tom wspomnień znakomitego etnografa, historyka kultury, pisarza, tłumacza literatury słowackiej i czeskiej, autora nowego tłumaczenia Losów dobrego żołnierza Szwejka czasu wojny światowej Jaroslava Haška jest swego rodzaju portretem pokolenia Polaków żyjących w Polsce powojennej lecz tradycją rodzinną i cywilizacyjną osadzonych w czasach przed II wojną światową. Bogactwo opisów, dystans do siebie samego jako bohatera przytaczanych zdarzeń, odnajdowanie humorystycznych stron życia w ciężkich czasach, serdeczna sympatia dla niepozbawionych wad i dziwactw opisywanych postaci sprawiają, że książkę czyta się jednym tchem.
Fragmenty
Krok defiladowy na gruntach podmokłych
Będzie wojna. Skoro była druga, wybuchnie i trzecia. O trzeciej wojnie światowej krążyły ciepłe wierszyki, dowcipy. „Jedna bomba atomowa i wrócimy znów do Lwowa. Potem druga bomba silna i wrócimy znów do Wilna. Panie Truman, spuść ta bania, bo już nie do wytrzymania”. Rozmowa gościa z kelnerem: – Proszę schabowy i piwo. – Będzie dopiero po trzeciej. – Przecież jest dwadzieścia po trzeciej. – Tak, ale po trzeciej wojnie światowej. Dorośli wybuchali dziwnym śmiechem (...).
Oczywiście trwająca wówczas w najlepsze walka o pokój nie miała z tym absolutnie nic wspólnego. Trzecia wojna światowa była prawdopodobna, brana pod uwagę, walka o pokój całkowicie pusta, jeśli nie liczyć dowcipów. Opowiadano, jak na wieś przyjechał agitator i grzmiał: Towarzysze! My zrobimy taką walkę o pokój, że kamień na kamieniu nie zostanie! Pewną wiejską knajpę czyli gospodę ludową przyozdobiono fryzem z gołąbków pokoju. Miejscowi mówili, że to białe myszki, którym wyrosły skrzydełka. A trzydzieści lat później usłyszałem: Co to jest wrona? Gołąbek pokoju AD 1981! Młody człowiek, który mi to opowiedział, zadumał się na chwilę i spytał:
– A co to był właściwie ten gołąbek pokoju? (...)
W roku pięćdziesiątym szóstym miałem trzynaście lat, nie bawiłem się już w chowanego, ale zapamiętałem wyliczankę:
Lenin zjadł lina,
wysrał Stalina.
Stalin zjadł druta,
wysrał Bieruta.
Bierut zjadł schaba,
wysrał Ochaba.
Ochab zjadł bułkę,
wysrał Gomułkę.
Pałka, zapałka, dwa kije,
kto się nie schowa, ten kryje. Szukaaaam! (...)
Codzienność niegdysiejszej Warszawy
Oprawa: Twarda z obwolutą
Format: 17.0x24.0cm
Stron: 200
ISBN: 978-83-244-0134-5
Cena detaliczna: 41.00 zł
Kontynuacja Podróży bliższych i dalszych, czyli uroku komunikacyjnych staroci, Intymnego życia niegdysiejszej Warszawy i Szemranego towarzystwa niegdysiejszej Warszawy. Stanowi dopełnienie obrazu stolicy, w której jak mogłoby się wydawać przeciętny mieszkaniec wiódł spokojne i dostatnie życie, ale przeciętna długość życia wynosiła 33 lata, studnie i ustępy zdobiły każde podwórze, rynsztokami płynęły ścieki.
To opowieść o prozaicznych sprawach, jak ceny w sklepach, warunki pracy i mieszkania, ale też o ludziach, którzy poświęcali się społecznikostwu, kochali swoje miasto, a dziś są w większości prawie zapomniani.
O cyklu
(...) zachęcony (...) przez prezesa (...) Wydawnictwa (...),
wydałem Podróże bliższe i dalsze, czyli urok komunikacyjnych staroci. Pod tym niezbyt fortunnym tytułem kryły się po prostu dzieje komunikacji miejskiej w Warszawie.
Książka ta została bardzo ciepło przyjęta przez Czytelników, dlatego też napisałem Intymne życie niegdysiejszej Warszawy (...). Ta publikacja przyjęta została jeszcze cieplej i nawet nagrodzona jako książka miesiąca w maju 2008 roku. Rok później powstała nowa książka: Szemrane towarzystwo niegdysiejszej Warszawy. Teraz oddaję Czytelnikom czwartą z kolei: Codzienność niegdysiejszej Warszawy, (...). Powstała (...) swoista tetralogia, cykl czterech książek o wspólnym temacie i bohaterze: Warszawie, stolicy, która przeszła dramatyczne dzieje. (...) z Wstępu autora.
Fragmenty
W 1879 roku, gdy tylko prezydent Sokrates Starynkiewicz zapoznał się z projektem wodociągów i kanalizacji przedstawionym przez Lindleya — rozesłał go do warszawskich gazet, zachęcając do publicznej dyskusji nie tylko specjalistów, ale i zwykłych mieszkańców miasta; napisał nawet do niego wstęp (...). W istocie Starynkiewicz skomplikował sobie życie. Rozpętał bowiem dyskusję, w której ostro ścierały się interesy rozmaitych koterii i środowisk. (...) Wszyscy rzekomo troszczyli się o to, by kanalizację i wodociągi przeprowadzić jak najmniejszym kosztem, a w rzeczywistości — by z tych kwot uszczknąć jak najwięcej dla siebie i „swoich”. (...) W takim zamęcie krzyżujących się interesów trzeba podkreślić wielką determinację Starynkiewicza, że potrafił przeforsować najnowocześniejszy projekt Lindleya, który stawiał Warszawę w rzędzie kilku innych, o wiele bogatszych, metropolii. Na taki luksus i ekspens nie zdobyła się nawet stolica Cesarstwa.
Wodę z Wisły zamierzano czerpać nieopodal Czerniakowskiej. Sześć przewodów ssących o średnicy 36 cali zakończonych dziurkowanymi głowicami, czyli „smokami”, miało ją pobierać wprost z nurtu, a pompy parowe tłoczyć do Stacji Filtrów zlokalizowanej na Koszykach (...). Tu woda miała być czyszczona, a następnie rozprowadzana po mieście. Zakład na Czerniakowie i Filtry na Koszykach zostały uruchomione w połowie 1886 roku (...). W 1888 roku sieć kanalizacyjna liczyła już 27 kilometrów na 31 ulicach, z których stopniowo znikały głębokie rynsztoki, dotychczas pełne smrodliwych ścieków.
Mieszkańcy Warszawy chwytali się każdej okazji, byleby tylko zarabiać na utrzymanie. Oczywiście z wyjątkiem „złotej młodzieży”, która żyła z ojcowskich na ogół funduszy. Kontyngens panów Letkiewiczów, jak ryczałtem określała prasa różnych obiboków, żyjących z hazardu, nierządu lub nie wiadomo z czego, zawsze był w mieście bardzo liczny. (...)
Na posadę biurową raczej trudno było liczyć od czasu, gdy prawie na wszystkich urzędach osadzili się Rosjanie. Swoim płacili różnie: (...) prezes Warszawskiego Komitetu Cenzury zarabiał 5800 rubli rocznie, starszy cenzor — 2500, a młodszy — 1500 rubli, ale już (...) — naczelnik rewiru w policji dostawał tylko 350 rubli rocznej pensji. Mieli też dodatki za pracę poza Cesarstwem i oczywiście do tego jeszcze brali łapówki zależnie od „czynu”. (...)
Wardęga
Oprawa: Twarda z obwolutą
Format: 17.0x24.0cm
Stron: 322
ISBN: 978-83-244-0126-0
Cena detaliczna: 39.90 zł
Wardęga – wyraz, który używano raz w znaczeniu włóczęgi, to znowu: wartości, oszacowania i dobytku (Zygmunt Gloger, Encyklopedia staropolska)
Jest to zbiór minireportaży ukazujących historię i piękno ulubionych miejsc turystycznych wędrówek autora - dawnych szlacheckich zaścianków, małych wsi i miasteczek, leśnych ostępów, górskich dolin i szczytów. Niedawna i odległa przeszłość tych miejsc nabiera innego wymiaru, gdy czytamy relacje o niej, obserwując wspólnie z autorem dzisiejszy wygląd terenów i zabytków zapisanych na kartach historii Polski. Nastrojowe zdjęcia ukazują piękno i urok miejsc często pomijanych przez masowych turystów i badaczy przeszłości naszego kraju, a wartych zauważenia i docenienia.
Fragment książki
Droga
Idziemy. Spieszymy się. Biegniemy. Byle szybciej. Do przodu. Miejskie społeczeństwa są bezlitosne. Narzucają tempo.(...) Przed laty w jednej z suwalskich wsi spotkałem kobietę.
– Pan skąd? – zapytała. – Z Warszawy? A ja była raz we Warszawie. Panie, powiedz pan. Dlaczego wy tam, we Warszawie, tak wszystko w skok. Tak w skok. Dokąd się tak spieszyć?
My, mieszkańcy dużego miasta, niejednokrotnie z pobłażaniem, choć czasem i z nieukrywaną pogardą, patrzymy na wolno płynące życie po wsiach i małych miasteczkach. Na powolny ruch ręki z chlebem podnoszonym do ust. Na stare twarze, przytulone do okiennych szyb, tkwiące między plastykowymi pelargoniami i papierowymi firankami. My, mieszkańcy dużego miasta, których dziadkowie przywędrowali do tego miasta.
Z takich właśnie wiosek i małych miasteczek. Nie lubimy tego spokoju.(...) Z biegiem lat zatraciliśmy już umiejętność patrzenia na otaczającą nas ziemię.
Na jednej linie
Oprawa: Miękka ze skrzydełkami
Format: 15.0x23.5cm
Stron: 208
ISBN: 978-83-244-0129-1
Cena detaliczna: 29.90 zł
Najsłynniejsza polska himalaistka, opowiada o swojej drodze od pierwszych wspinaczek w Karkonoszach po zdobycie Mount Everestu w 1978 roku. Wspomina dom rodzinny, pierwsze fascynacje sportem, fotografią, literaturą, studia a później pracę w Instytucie Maszyn Matematycznych. Ostatecznie miłością jej życia stały się jednak góry i to im poświęcała cały wolny czas. Dzięki zapiskom w dzienniku, który prowadziła m.in. w czasie wyprawy na Everest, poznamy kulisy wypraw wysokogórskich, postawy ludzi w ekstremalnych sytuacjach, ich walkę z własnymi słabościami i górskim żywiołem.
Osiągnięcia Wandy Rutkiewicz stawiają ją w gronie najlepszych himalaistek w historii. Zaginęła w 1992 podczas ataku szczytowego na Kanczendzongę.
W 1994 jako jedna z trzech pierwszych osób została odznaczona (pośmiertnie) Medalem im. Króla Alberta I, przyznawanym za wyjątkowe zasługi górskie przez King Albert Memorial Foundation.
Fragmenty
Nastrój nocy przed wejściem na szczyt jest uroczysty. Jutro nastąpi dzień wielkiej próby, chyba największej dla alpinisty. Już nie mam obaw i wątpliwości czy starczy mi sił, czy podołam. Nie myślę nawet, ani nie zastanawiam się nad tym. Z góry bowiem założyłam, że dam radę i mam podstawy, by tak sądzić. Od podejścia z obozu II bardzo dobrze się czułam. Mobilizuję siły fizyczne i psychiczne, aby uodpornić się na niespodziewane. W środku niebezpieczeństwa czuję się bezpiecznie. Czy to tylko moja umiejętność, czy ktoś mi w tym pomaga? Czuję się chroniona — czyżby to były myśli i modlitwy Mamy i bliskich? Jestem zdeterminowana i daje mi to poczucie wolności. Uwolniona od wszystkiego, co nie jest Górą i mną, wolna od strachu i obaw — bo nie mam już wyboru. Czekająca mnie akcja likwiduje strach. Lubię to uczucie. Myślę, że jest to jeden z powodów, dla których się wspinam.
O czwartej zaczynamy przygotowania do wyjścia. Wiatr na Przełęczy nie ucichł. Dopóki nie przestanie wiać, nie zamierzamy wychodzić z namiotu. Dużo czasu zajmuje sznurowanie butów i pakowanie plecaków. Trzeba zdjąć maskę tlenową i wszystkie czynności wykonywać bez tlenu, co na wysokości 8000 metrów nie jest łatwe. Ruchy mamy spowolnione, szybko się męczymy.
Pierwszy wychodzi Willy, idzie do namiotu Szerpów pomóc im w gotowaniu śniadania. Około siódmej mamy menażkę kawy i płatki owsiane. Pół godziny później na Przełęczy pojawia się słońce. Przed nami południowo-wschodnia ściana Everestu, ostatnie 850 metrów do szczytu. Dotychczas przeszło tędy prawie 80 alpinistów, tych co dotarli do szczytu. To dodaje mi otuchy.
Nastawiam przepływ tlenu na dwa litry na minutę. Podchodzimy początkowo niezbyt stromym, oświetlonym zboczem. Idzie nas ośmioro — Sigi, Robert, Willy i ja oraz czterech Szerpów. Najsilniejsi z nich, Mingma i Ang Dorje, idą bez tlenu. Niosą po jednej butli dla nas, które potem zostawią na wysokości 8400 metrów. Każde z nas ma w plecaku po jednej butli, rzeczy osobiste, aparaty fotograficzne, a ja dodatkowo jeszcze kamerę filmową i kasety.
Odległości pomiędzy nami powoli zwiększają się. Specjalnie idę wolno, gdyż nie chcę narzucać sobie zbyt ostrego tempa na samym początku. W decydującej chwili, na ostatnich metrach, muszę mieć dużą rezerwę sił. Kolegów doganiam na wysokości 8400 metrów, gdzie zatrzymują się na krótki odpoczynek. Zgodnie z umową do tego miejsca Szerpowie mieli wynieść butle, ale za radą Kurta postanawiamy je przenieść 100 metrów wyżej. Sigi decyduje, że każdy z nas, a nie Szerpowie, zabierze dodatkowo po jednej butli i przeniesie je wyżej. Zaprotestowałam. Przecież mam filmować wejście i niosę kamerę! Zaproponowałam więc jednemu z Szerpów, aby moją butlę wniósł za dodatkową opłatą. Wówczas Sigi napadł na mnie z taką złością, jakby wyzwoliła się z niego długo tłumiona nienawiść:
— Chcesz wejść mniejszym kosztem niż my! — krzyczał.
— Ale przecież mam was filmować, muszę mieć kamerę! — już i ja krzyczałam. Kolana uginały się pode mną, ręce drżały, w uszach szumiało...
Niesprawiedliwość tego ataku spowodowała, że najpierw poczułam bezradne osłupienie, potem przyszła obojętność i zniechęcenie. Czy to ma sens — nienawiść na najwyższym szczycie Ziemi? Czy warto żyć, walczyć, wchodzić na szczyty, jeśli nie można uwolnić się od niej?
Willego już nie było, podchodził na Wierzchołek Południowy z dwiema butlami, Robert manipulował przy swojej i nie zwracał na nas uwagi. Powoli ogarniała mnie złość. I mimo że miałam najszczerszą ochotę wyrzucić z plecaka kamerę, zawzięłam się:
— Dobrze, s..., dam sobie radę i z kamerą, i z butlą! — pomyślałam.
Najstarszy zawód świata. Historia prostytucji
Oprawa: Twarda z obwolutą
Format: 13.0x20.0cm
Stron: 336
ISBN: 978-83-244-0123-9
Cena detaliczna: 39.90 zł
Nowe, uzupełnione wydanie analizy historycznej prostytucji. Autor śledzi to zjawisko i jego funkcjonowanie w europejskim kręgu kulturowym od czasów starożytnych po dzień dzisiejszy. Treść głównych rozważań ubarwiają liczne ciekawostki, łącznie z cenami usług na przestrzeni dziejów, zmianami obyczajowości i najnowszymi tendencjami, jak seksturystyka czy zjawisko galerianek.
Fragmenty książki
Wstęp, czyli o parze męskich trzewików
Kiedyś byłem przewodnikiem pewnego japońskiego profesora. Ten żółtoskóry gentleman z wyjątkową pilnością badał witryny sklepów obuwniczych. (...) Zapytałem więc, ciekawy, co też jest na owych wystawach aż tak interesującego. Ceny – odpowiedział. Wyjaśnił, że wykrył pewną prawidłowość i weryfikuje ją we wszystkich odwiedzanych przez siebie miejscach na kuli ziemskiej. Prawidłowość ta głosi, że niezależnie od rynku cena pary męskich trzewików równa się cenie usługi erotycznej świadczonej przez zawodową pracownicę.
Od Adama i Ewy
Powiada (...) Salomon – sędzia przecież sprawiedliwy i podobający się Panu: „Wargi cudzej żony ociekają miodem i gładsze niż oliwa jest jej podniebienie, lecz w końcu jest gorzka jak piołun i ostra jak miecz obosieczny [...]. Nie pożądaj w swym sercu jej piękności i niech cię nie złapie mruganiem swych powiek [...]. Czy może kto zagarnąć ogień do swojego zanadrza, a jego odzienie się nie spali? Czy może kto chodzić po rozżarzonych węglach, a jego stopy się nie poparzą? Tak jest z tym, kto chodzi do żony swojego bliźniego: nie ujdzie bezkarnie ten, kto się jej dotyka”.
Charaktery i anegdoty. Maksymy i myśli. Małe dialogi filozoficzne
Oprawa: Twarda z obwolutą
Format: 11.6x22.0cm
Stron: 178
ISBN: 978-83-244-0122-2
Cena detaliczna: 29.00 zł
Świat francuskiej arystokracji, zdradzanych i zdradzających kochanków, intrygujących koterii, rozbawionych dworzan jest tłem i materią opisów, złotych myśli i błyskotliwych bon motów francuskiego klasyka krótkiej literackiej wypowiedzi. Czytelnicy odnajdą na kartach książki atmosferę życia, opis postaw, wad i cnót przedstawicieli górnych warstw społeczeństwa francuskiego sprzed wielkiej rewolucji.
Obecna edycja, oprócz klasycznych przekładów Maksym i myśli Konrada Drzewieckiego i Charakterów i anegdot Tadeusza Boya-Żeleńskiego, zawiera współczesne tłumaczenie niepublikowanych wcześniej Małych dialogów filozoficznych. Jego autorem jest Ryszard Engelking.
Fragmenty książki
Stwierdzonym faktem jest, że jedna z córek króla jako dziecko bawiąc się z pokojówką spojrzała na jej rękę i policzywszy palce, rzekła zdumiona: „Jak to, ty masz także pięć palców, jak ja?” I policzyła jeszcze raz, aby się upewnić.
N... powiadał: „W kobietach jest dobre tylko to, co w nich jest najlepsze”.
Komplementowano panią Denis za talent, z jakim grała Zairę. „Trzeba by – rzekła – być młodą i piękną. – Ach, pani – odparł naiwnie komplemencista – pani jesteś dowodem, że nie”.
Społeczeństwo składa się z dwu wielkich klas: jedni mają więcej posiłków niż apetytu, drudzy więcej apetytu niż posiłków.
Najbogatszym ze wszystkich ludzi jest człowiek oszczędny. Najbiedniejszym jest skąpiec.
Najbardziej stracony dzień to ten, w którym nie zaśmialiśmy się ani razu.
Trzeba wybrać: albo kochać kobiety, albo je znać - rzeczy pośredniej nie ma.